Znasz ten ruch, bo pewnie sam go zrobiłeś. Masz w ekipie człowieka, który jest najlepszy. Najszybszy, najdokładniejszy, najbardziej ogarnięty. Robi swoja prace za dwóch i nigdy nie zawodzi. Więc gdy przychodzi moment, że potrzebujesz brygadzisty albo bas, robisz rzecz, która wydaje się oczywista: awansujesz właśnie jego. Nagroda za lata dobrej roboty. Logiczne, sprawiedliwe, zasłużone.

I to jest jeden z najdroższych błędów, jakie popełnia polski pracodawca w budowlance. Bo w tym jednym ruchu, który wydaje Ci się nagrodą, tracisz dwóch ludzi naraz: świetnego fachowca, którego zdejmujesz z narzędzi, i przyzwoitego lidera, którego nigdy nie dostajesz, bo on nim nie jest.

Awansowanie najlepszego człowieka na stanowisko kierownicze, zwłaszcza gdy on sam tego nie chce, jest błędem. Nie złośliwością z Twojej strony. Nie głupotą. Po prostu błędem, który ma swoją nazwę, swoje badania i swoją bardzo konkretną cenę.

To nie jest moja opinia. To jest zbadane zjawisko

Zanim ktoś powie „no co ty, najlepszy zawsze powinien awansować” — to przekonanie zostało rozłożone na czynniki pierwsze w twardych badaniach, nie w poradnikach.

Nazywa się to zasada Petera- organizacje awansują ludzi za to, że są dobrzy w swojej obecnej robocie, aż dojdą do poziomu, na którym przestają być kompetentni. Brzmi jak żart, ale przestało nim być, gdy ekonomiści to policzyli. Badacze przeanalizowali wyniki pracy prawie 40 000 pracowników w ponad 200 firmach i odkryli coś, co powinno zmrozić każdego właściciela: firmy systematycznie awansują swoich najlepszych wykonawców — mimo że ci ludzie stają się gorszymi menedżerami, i mimo że istnieją inne, widoczne cechy, które dużo lepiej przewidują, kto będzie dobrym szefem.

Im lepszym wykonawcą był ktoś przed awansem, tym mocniej spadają wyniki jego podwładnych po tym, jak zostaje ich szefem. Czytasz dobrze. Nie „czasem nie wychodzi”. Im lepszy był na narzędziach, tym gorzej radzi sobie potem jako lider — statystycznie, na dużej próbie, w realnych firmach.

I liczba, która powinna wisieć nad biurkiem każdego, kto buduje zespół: badacze oszacowali, że gdyby firmy awansowały ludzi o najlepszym potencjale przywódczym zamiast najlepszych wykonawców, wyniki ich zespołów mogłyby wzrosnąć o około 30%. To nie jest miękkie „byłoby milej”. To jest trzydzieści procent wydajności zespołu, które tracisz, awansując nie tę osobę.

Dlaczego najlepszy fachowiec robi najgorszego lidera

Tu jest mechanizm, który warto zrozumieć, bo bez niego cała ta wiedza to tylko ciekawostka.

Świetny wykonawca jest świetny, bo skupia się na sobie i na swojej robocie. Jego siła to indywidualna sprawność — sam zrobi, sam dopilnuje, sam doprowadzi do końca. Cała jego wartość polega na tym, że nie musi nikogo prowadzić, bo sam jest najlepszy. Sukces fachowca to „ja zrobiłem dobrze”.

Lider działa odwrotnie. Jego sukces to nie „ja zrobiłem”, tylko „oni zrobili”. Jego robota to nie wykonać, tylko sprawić, żeby pięciu innych wykonało — przez tłumaczenie, planowanie, cierpliwość, ogarnianie konfliktów, delegowanie, czekanie, aż ktoś nauczy się czegoś, co on sam robi w pięć minut. To są kompletnie inne mięśnie. Człowiek nastawiony na osobiste osiągnięcie często wręcz nie znosi tej roboty, bo dla niego patrzenie, jak ktoś robi wolniej i gorzej, to udręka. Woli wyrwać komuś narzędzie z ręki i zrobić sam — co jest dokładnie tym, czego lider robić nie powinien.

Dlatego najlepszy fachowiec, posadzony za biurko albo postawiony nad ekipą, często staje się sfrustrowanym, mikro-zarządzającym szefem, który dusi zespół, bo wszystko chce robić po swojemu i nie ufa nikomu. A jego ludzie? Albo czekają, aż im powie każdy ruch, albo robią po swojemu i się z nim ścierają. Wydajność spada. I koło się zamyka.

Najgorszy wariant: awansujesz go wbrew niemu samemu

Teraz wchodzimy w to, o co pytałeś najbardziej — sytuację, w której ten człowiek w ogóle nie chce być liderem.

To jest scenariusz, który widuję najczęściej i który robi najwięcej szkody. Bo polski pracodawca traktuje awans jak coś, czego się nie odmawia. „Jak to nie chcesz? Przecież to więcej kasy, więcej szacunku, mniej dźwigania.” A człowiek bierze, bo nie wypada odmówić, bo boi się, że jak odmówi, to wyjdzie na niewdzięcznika albo straci u Ciebie pozycję.

I masz najgorszy z możliwych układów. Człowiek, który nie chce prowadzić ludzi, nie potrafi prowadzić ludzi i jeszcze czuje się w to wepchnięty. Nie ma w tym ani motywacji, ani talentu, ani zgody. Robi to z poczucia obowiązku, coraz bardziej sfrustrowany, coraz dalej od tego, w czym był naprawdę dobry. Po kilku miesiącach masz człowieka, który był Twoim najlepszym fachowcem, a teraz jest przeciętnym, nieszczęśliwym szefem — i który zaczyna rozglądać się za inną firmą, gdzie znowu będzie mógł po prostu robić swoje.

To jest moment, w którym tracisz go naprawdę. Nie tylko z narzędzi. Z firmy.

Zapamiętaj jedną rzecz !!!! brak chęci do bycia liderem to nie wada charakteru. To informacja. Człowiek, który mówi „ja wolę robić, nie zarządzać”, właśnie dał Ci najuczciwszą i najcenniejszą odpowiedź, jaką mogłeś dostać. Uszanuj ją, zamiast traktować jak fałszywą skromność, którą trzeba przełamać.

„To kogo mam awansować, skoro nie najlepszego?”

Tu jest pytanie, które teraz cisną Ci się na usta — i bardzo dobrze, bo to właściwe pytanie.

Odpowiedź brzmi: awansuj tego, kto ma potencjał przywódczy, a niekoniecznie najlepsze wyniki na narzędziach. To dwie różne rzeczy i właśnie ich mylenie kosztuje firmy te trzydzieści procent. Czego szukać? Człowieka, którego inni słuchają, choć nie musi krzyczeć. Który tłumaczy młodszym bez irytacji. Który myśli o całej budowie, nie tylko o swoim odcinku. Który ogarnia logistykę, dogaduje się z ludźmi, nie wpada w panikę, gdy coś się sypie. Te cechy często ma ktoś, kto jest dobrym — niekoniecznie najlepszym — fachowcem, ale za to naturalnie ciągnie ludzi za sobą.

Ten człowiek bywa mniej efektowny od Twojej gwiazdy. Wolniej kładzie, mniej widać go na pierwszej linii. Ale postaw go nad ekipą i nagle pięciu ludzi pracuje lepiej, bo ktoś ich wreszcie sensownie prowadzi.

I druga rzecz, równie ważna: awans nie musi iść w pionie. Twój najlepszy fachowiec może dostać uznanie, lepsze pieniądze i wyższy status, nie przestając być fachowcem. Zrób z niego najlepiej opłacanego specjalistę, mentora dla młodszych, człowieka od najtrudniejszych zadań, eksperta od jakości. Daj mu ścieżkę rozwoju, która nie wymaga, żeby przestał robić to, w czym jest mistrzem. W ten sposób zatrzymujesz jego wartość, zamiast ją niszczyć przez przesadzenie go za biurko, którego nienawidzi.

Jeśli masz teraz w głowie awans — albo właśnie kogoś awansowałeś — zadaj sobie trzy pytania, zanim podejmiesz albo utrwalisz decyzję.

Pierwsze: czy ja awansuję tego człowieka za to, że dobrze prowadzi ludzi, czy tylko za to, że dobrze robi robotę? Jeśli to drugie — to nie jest podstawa do awansu na lidera, to podstawa do podwyżki jako specjalista.

Drugie: czy on w ogóle chce prowadzić ludzi — i czy ma odwagę powiedzieć „nie”, czy weźmie z grzeczności? Jeśli nie masz pewności, zapytaj wprost i daj mu realną możliwość odmowy bez konsekwencji.

Trzecie: czy mam w firmie kogoś, kogo ludzie naturalnie słuchają, nawet jeśli nie jest moją gwiazdą na narzędziach? Bo bardzo możliwe, że Twój przyszły lider już u Ciebie pracuje — tylko patrzysz nie na tego.

Najlepszy człowiek w ekipie to skarb. Ale skarb się chroni, a nie wystawia na stanowisko, które go zepsuje. Awans, który nie pasuje do człowieka, nie jest nagrodą. Jest karą — dla niego, dla zespołu i dla Twojej firmy. A najgorszą jej wersją jest awans wciśnięty komuś, kto od początku mówił, że tego nie chce.

Budowanie struktury, w której właściwi ludzie trafiają na właściwe miejsca — a najlepsi fachowcy nie są niszczeni awansem, którego nie chcą — to dokładnie ten obszar, który porządkuję jako zewnętrzny manager operacyjny i w pracy z liderami. Jeśli czujesz, że masz w firmie świetnych ludzi na złych stanowiskach, odezwij się. Zwykle da się to ułożyć inaczej.

Źródła:

Dodaj komentarz

Twój adres email nie zostanie opublikowany. Wymagane pola są oznaczone *